>

Co dzieje się w Olivia Business Centre?

Wielka Szóstka Jacka Martuzalskiego

Skuteczny na maratońskich trasach, jeszcze rok temu nie pomyślałby, że kiedykolwiek stanie na ich starcie. Marzy mu się „wielka szóstka” najbardziej prestiżowych biegów świata, którą nawet zawodowi biegacze określają jako ukoronowanie sportowej podróży na królewskim dystansie. Czym są 42 kilometry wobec zadań, z jakimi na co dzień mierzy się programista – zdradza Jacek Martuzalski z firmy Sii, najszybszy Bohater 10 Wspaniałych Olivia Business Centre.

Wystartujesz w Mistrzostwach Świata w półmaratonie w marcu w Gdyni?

Tak i chciałbym dotrzeć na metę poniżej 1:35.

Specjalny plan treningowy?

Przygotowując się do konkretnego startu, biegam nawet 6 razy w tygodniu. W szczytowym okresie pokonuję około 100 – 120 kilometrów tygodniowo.

Pod kierunkiem trenera, czy doświadczenie pozwala samodzielnie układać cykl przygotowań?

Ja zacząłem w ubiegłym roku (śmiech). Wiosną żona wyciągnęła mnie na pierwsze biegowe ścieżki, a chwilę później, dosłownie miesiąc po moim pierwszym starcie, w skrzynce firmowej pojawił się mail na temat akcji #siiruns40wm. Sii w ramach Programu Sponsoringu Pasji, który na co dzień bardzo mocno wspiera liczną grupę biegaczy, poszukiwało 40 ochotników do startu w 40. PZU Maratonie Warszawskim: akcja 40 osób na 40 edycję biegu, które zbiorą w ten sposób 40 tysięcy dla Fundacji Rak & Roll. Zgłosiłem się, znów dzięki namowom żony, chociaż początkowo myślałem, że nie dam rady.

Masz za sobą sportową przeszłość?

Nie. Zawsze starałem się być w formie, ale nigdy nie uprawiałem żadnej dyscypliny na większą skalę. Bieganie chyba mam we krwi, bo sam widzę, że całkiem nieźle mi to idzie.

Po jakim czasie zdecydowałeś się na pierwszy start?

Zacząłem biegać w marcu, a maraton był 30 września. W tym roku rozkręciłem się na dobre – były maratony, kilka półmaratonów i „dyszek”.

Dycha w jakim czasie?

Zajmuje mi 45 minut.

Talent się narodził!

Bez przesady, do profesjonalnego poziomu jeszcze daleko (śmiech).

To jaki czas satysfakcjonowałby cię na tym dystansie?

Nie mam planów, raczej koncentruję się, by przebiec maraton poniżej 3 godzin. Ostatni, który biegłem wiosną, ukończyłem z niezłym czasem 3:43 – myślę, że w tej chwili byłoby trochę lepiej, ale nie zdecydowałem się jednak na start jesienią, więc sprawdzę się dopiero w przyszłym roku.

Maraton jest ukoronowaniem dla biegacza?

Dla niektórych z pewnością tak. Jest wiele biegów krótszych i dłuższych, ale mam wrażenie, że dystans maratonu jest magiczny. Do niego trzeba się przygotować i tak, jak półmaraton jest w zasięgu dla kogoś, kto regularnie przebiega dziesiątki, tak do 42 kilometrów trzeba przejść rzetelny trening.

Do debiutu przygotowywałeś się z trenerem?

Tak, firma Sii, w której pracuję, zapewniła nam profesjonalnego trenera. Bartek Olszewski, znany jako warszawski biegacz i jego obecnie już  żona, Kasia Gorlo, z bloga Run the World podjęli się wyzwania. Dwójka naprawdę fajnych i doświadczonych szkoleniowców ma na swoim koncie sporo sukcesów na biegowych trasach. Bartek wygrał  „Wings for Life” i ma na swoim koncie światowy rekord więc wie sporo o bieganiu! Kasia też.

Trenowaliście w Gdańsku?

Kasia i Bartek są z Warszawy. Dlatego nadzór nad cyklem przygotowań był możliwy głównie online, bo każdy oddział Sii wystawił kilku zawodników, więc ciężko było zorganizować regularne i wspólne treningi, chociaż i tak takie dwa odbyły się w Warszawie. Niestety nie mogłem w nich wziąć udziału, ale koledzy z pracy po powrocie opowiadali, że było fantastycznie.

Jak liczną reprezentację miał gdański oddział Sii?

O ile dobrze pamiętam, 5 biegaczy na starcie.

Byłeś pilnym uczniem? Poważnie potraktowałeś treningi?

Ja od początku rozumiałem, że 42 kilometry to już nie są przelewki. Starałem się wdrażać wszystkie wskazówki trenera, nawet początkowo zbyt gorliwie – za mocno trenowałem i skończyło się kontuzją oraz wyłączeniem z treningów na 3 tygodnie. Na szczęście udało mi się wrócić i ukończyć ten maraton w czasie poniżej 4 godzin – jak na debiut chyba całkiem nieźle (śmiech).

Zaczęła się nowa, wielka przygoda?

Tak, i bardzo szybko przerodziła się w pasję. Uczucia, jakie towarzyszą na mecie, są trudne do opisania. Jest olbrzymie zmęczenie i niesamowita radość. Początkowo z tego, że już nie trzeba dalej biec, ale gdy ochłoniesz i złapiesz oddech, zaczynasz wierzyć, że nie ma ograniczeń i możesz wszystko. Spójrz, 4 godziny biegu dla kogoś, kto siedzi przy biurku, to pół dnia pracy.

Przydarzyły się chwile zwątpienia na trasie?

O dziwo, pierwszy maraton poszedł sprawnie. Czułem zmęczenie, ale tak zwanej ściany nie przeżyłem podczas debiutu.

Kiedy się z nią zmierzyłeś?

Podczas kolejnego startu, do którego nie przygotowywałem się już tak solidnie. Teraz wiem, że był to błąd, którego w przyszłości nie powtórzę.

Co się stało?

Wyjazd na maraton w Sztokholmie również zorganizowało nam Sii. Coraz więcej osób wykazuje zainteresowanie aktywnością, więc firma stara się wdrażać szeroki wachlarz możliwości dla biegaczy – zaproponowany przez nich samych. Od kilku już lat działa Program Sponsoringu Pasji, w ramach którego od zeszłego roku prowadzona jest  lista biegów w Polsce i za granicą, na które Sii zakupuje pakiety pracownikom. W jej ramach miałem okazję przebiec właśnie maraton i półmaraton w Szwecji. Jest nas więcej: na wspomniany Półmaraton w Gdyni w marcu 2020 wybiera się z Sii blisko 70 biegaczy! Jesteśmy jak dotąd największą reprezentacją firmową. 

W jakim czasie zamknąłeś ten maraton z kryzysem?

4 godziny, a w międzyczasie w Polsce zrobiłem życiówkę – 3:43. Teraz oceniam, że nie przemyślałem startów. W kwietniu przygotowywałem się do Maratonu Gdańskiego i po nim zupełnie odpuściłem, przekonany, że na zrobionej formie bez kłopotu poradzę sobie w czerwcu. Okazało się, że była to za długa przerwa w treningach, ponieważ dobiegłem mocno poniżej założeń. Na 36 kilometrze nogi przestały współpracować, na kilkaset metrów musiałem zwolnić i przejść do chodu. Dopiero gdy zobaczyłem znacznik, że zostało niecałe 5 kilometrów uwierzyłem, że zdołam biec dalej.

Finisz, gdzie ciało odmawia posłuszeństwa i dzieje się walka z głową, wydaje się dłuższy?

Mówi się, że magiczną granicą jest 32 kilometr i po nim zaczynają się problemy. Ja na dotychczas jedyną ścianę trafiłem na 36 kilometrze, więc to chyba kwestia indywidualna.

Dlaczego akurat 32?

Wydaje mi się, że następuje kryzys po trzech czwartych dystansu. Tak samo w biegach na dziesięć najtrudniejsze są dwa ostatnie kilometry, w biegach na piątkę kilometr przed metą –  końcówka na każdym dystansie jest najtrudniejsza do pokonania.

Jak godzisz tak wymagające treningi z pracą?

To chyba jest najtrudniejsze! Z jednej strony jest samozaparcie, z drugiej nakłady czasu, ponieważ trening to przynajmniej jedna godzina wyjęta z dnia. Staram się biegać wieczorem i coraz częściej zamiast betonu zdarza się las. Zakupiłem czołówkę plus mój pies dorósł na tyle, że stał się moim towarzyszem.

Daje radę na takim dystansie?

Z psem biegam około 5 – 6 kilometrów. Gdy mam dłuższe wybiegania, robię je sam.

Dłuższe, czyli pełen dystans maratonu?

Nie, na treningu nie ma to najmniejszego sensu, bo człowiek za bardzo się męczy. Żadna szkoła nie zaleca biegania całego dystansu, do 32 kilometrów wystarczy, oczywiście nie każdego dnia (śmiech). Ja staram się, aby maksymalnie robić do 27 kilometrów.

Gdy biegniesz, to myślisz o pracy?

Zdarza się, gdy mam problem i bywało, że rozwiązałem go w trakcie biegu. Jestem programistą, więc zderzenie tych dwóch światów sprzyja – całkowicie odblokowuje głowę, pozwala przejść w taki odrobinę inny wymiar, co przenosi się potem na skuteczność w działaniu.

Pan zza biurka staje się maratończykiem: rodzina, znajomi bardzo zaskoczeni?

Moje życie tak bardzo się nie zmieniło, poza tym, że muszę znaleźć czas na trening. Proporcje są podobne – jest rodzina, dom, praca i znajomi, a wolnych chwilach biegam. Nowością są starty, które wymagają dojazdu. Wtedy weekend wypada, ale szczęśliwie często towarzyszy mi rodzina, więc nie mam poczucia straty. Niedawno razem byliśmy w Krakowie, teraz planujemy wyjazd do Włoch i Pragi, więc zapowiada się ciekawie.

Masz sportowe marzenie?

Jest wielka szóstka: Berlin, Londyn, Tokio, Chicago, Nowy York i Boston, określane jako ukoronowanie maratońskiej podróży. Trudność stwarza zapisanie się do tych biegów – najprostszą ścieżką jest zgłoszenie do organizatora, który zapewnia cały wyjazd. Drugą jest udział w losowaniu lub udowodnienie, że ma się odpowiednio dobry czas. Wymagania są dość duże, tak naprawdę poza moim zasięgiem. Jest jeszcze jedna furtka, czyli udział w akcji charytatywnej i zbiórka na rzecz danej organizacji, która przeznacza potem jeden ze swoich pakietów, a to z kolei wymaga czasu, aby zebrać odgórnie ustaloną kwotę w trakcie kwesty. Jeśli o mnie chodzi, taki plan chciałbym zrealizować bez ciśnienia. Zacząłem od Londynu, niestety nie udało się dostać na listę startową. Przede mną losowanie do Berlina, więc liczę na Wasze kciuki, dzięki którym tam rozpocznę realizację największego marzenia. Potem już chyba będzie z górki (śmiech)!

 

Rozmawiała Dagmara Rybicka, Olivia Business Centre

×

Zapisz się do naszego newslettera!